Co nowego ?
Sonda
Jak mówi tradycyjne polskie porzekadło, do czterech razy sztuka. Banaszkiewiczowie wreszcie zorganizowali “Bike Orienta” w podłódzkiej okolicy, i straciłem tym samym koronną wymówkę dla nieuczestniczenia w tej znakomitej imprezie.
Lodz Cycle Chic poza miastem. Historyczna fotografia z licznikiem straconym w okolicach punktu nr 1. Foto: Jakub Sałata
W zamian jednak zyskałem pretekst do wybycia na cały dzień na rowerze, czego nie robiłem od prawie dwu lat i pokonania ponad stu kilometrów, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy. Jak widać, już same okoliczności towarzyszące mojemu startowi w maratonie mogły być źródłem silnych wzruszeń, doskonale się do tego dostroiła pogoda, i w efekcie mieliśmy pełnię warunków potrzebnych do naprawdę udanej imprezy rowerowej. Co prawda, wiał dosyć przykry wiatr bodajże zachodni, no ale co to za wysiłek na rowerze, który nie jest po części użytkowany na pokonanie oporu strumienia powietrza.
Miało być miło, łatwo i przyjemnie, w końcu startowałem na własnym terenie (nieco zmienionym od czasów moich częstych wizyt w okolicy). Miło i przyjemnie przestało być w okolicach Dąbrówki Małej nad Mrożycą, kiedy nasyciłem głód wrażeń estetycznych, a pojawiło się zmęczenie, oznaki pierwszego kryzys. Żeby nie było zbyt łatwo zadbali o to Banaszkiewiczowie, wynajdując punkty w takich miejscach, że nieuniknionym było zaliczenie niebotycznych przewyższeń; po którymś kolejnym podjeździe poczułem jak tracę moc, a mózg wysyła komunikat “Oszczędzaj się”. Trasa maratonu była podzielona na trzy etapy, do kórych trzeba było przystępować kolejno: pierwszy na Wzniesieniach Łódzkich, drugi w Lesie Łagiewnickim, a trzeci w okolicach Zgierza. Optymalnie siedemdziesiąt, trzydzieści i znów siedemdziesiąt kilometrów. Pierwszy etap ukończyłem po sześciu godzinach, z jedenastu przewidzianych na całość! Pod koniec tego etapu, w Dobrej dotarłem do ściany: musiałem na chwilę dać odsapnąć mojemu ciału i zsiąść z roweru na podjeździe.
Na szczęście, potem był swojski Las Łagiewnicki (zaliczony w niespełna trzy godziny), oferujący schronienie przed słońcem i wiatrem. Mimo dwóch trudniejszych do odszukania punktów (nr 8 “brzeg bagna” i nr 1 “skrzyżowanie ścieżek”), psychicznie się podbudowałem i całkiem wyluzowany, parę minut po 18 ruszyłem w stronę pierwszego punktu trzeciego etapu, którego zaliczenie pozostawało dla mnie warunkiem koniecznym do sklasyfikowania w imprezie. Udało mi się odnaleźć dwa punkty tego etapu, w tym upragniony z żywnością i napojami. Chciałbym w tym miejscu podziękować Oldze Zuchorze i Krzyśkowi Banaszkiewiczowi za otuchę, którą wlewali w serca uczestników swoją obecnością z zapasami różnych odżywczych przysmaków w najbardziej odległych punktach trasy.
Jeżeli chodzi o nawigację, pomocne były wyjeżdżone ślady, które zostawiali po sobie Ci, którzy byli wcześniej (ewentualnie, zdobywali punkty w innej kolejności). Spośród odwiedzonych przeze mnie punktów, najbardziej przypadł mi do gustu numer 17 zlokalizowany w parowie, do którego wiodła wąska ścieżka. W takich miejscach, do których normalnie bardzo trudno trafić, zyskuje się szacunek dla inwencji organizatorów.
Kończąc to podsumowanie maratonu, wspomnieniami którego pewnie przyjdzie mi się długo karmić, chciałbym podziękować wszystkim innym uczestnikom za podjęte wyzwanie i wspólną rywalizację. Całość byłaby jednak niczym, gdyby nie wysiłek organizacyjny garstki ludzi, o którym my – jego konsumenci – mamy tylko fragmentaryczne pojęcie. Dzięki za wspaniały “Bike Orient”!
Witek Kopeć